Connect with us

Hi, what are you looking for?

Debata

Marek Zając #4: Jak może wyglądać Kościół w Polsce za 40 lat? Dwa scenariusze

PRZYSZŁOŚĆ KOŚCIOŁA ▪ Statystyki są jednoznaczne: w ostatnich latach Kościół w Polsce wiele stracił, ale wciąż dysponuje sporym potencjałem. To już ostatnia szansa, żeby zatrzymać erozję. Ani się obejrzymy i dalsza drzemka zamieni się w śmierć kliniczną.

Amerykanie lubią powtarzać: pewne są tylko śmierć i podatki. Podatki nasz Kościół płaci w ograniczonym zakresie. Ale nieubłagane prawa biologii działają na jego szkodę. Tym bowiem, co powinno przyprawić biskupów o bezsenność – jest gwałtowne załamanie się religijności młodszych pokoleń. A jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało, bez młodych nie ma przyszłości. Kościół po prostu wymrze.

Niemożliwe? Kilkanaście lat temu rozmawiałem z biskupem Tadeuszem Pieronkiem, który krytycznie oceniał różne decyzje Episkopatu i wieszczył katastrofę. Starając się przemycić nieco optymizmu – zapytałem, czyż Jezus w Ewangelii nie zagwarantował, że bramy piekielne Kościoła nie przemogą? Biskup przewiercił mnie wzrokiem i spytał z ironią: – A gdzie jest tam napisane, że chodzi o Kościół w Polsce?

Racja. Jednocześnie nie istnieje coś takiego jak automatyczne i nieuchronne procesy społeczne. Ile razy już w historii naszego Kościoła na horyzoncie gromadziły się burzowe chmury? Potem jednak potopu nie było albo budowaliśmy arkę. Dlatego też analizując statystyki z niedawno opublikowanego raportu „Kościół w Polsce 2023” – można nakreślić dwa biegunowo odmienne scenariusze. Zaczniemy od tego czarniejszego. Precyzyjnie rzecz biorąc: najczarniejszego pod względem odpływu wiernych. Drugi jest optymistyczny. Między nimi zaś rozciąga się długa oś z dziesiątkami równie prawdopodobnych scenariuszy pośrednich. 

I jeszcze jedno: warto przy tym pamiętać, że logika Ewangelii nie jest logiką tego świata. Z ziarnka gorczycy czasem wyrasta drzewo. Szczypta soli – a nie wiadro – nadaje potrawom smak. W chrześcijaństwie nie ilość jest najważniejsza, ale jakość. A nawet nie tyle jakość, ile po prostu żywa i szczera wiara. 

Jak zatem Kościół w Polsce może wyglądać za lat czterdzieści? Przenieśmy się do Roku Pańskiego 2063.

Scenariusz pierwszy

Migotliwe płomyki czterech świec błyskały w pogrążonym w ciemności pomieszczeniu. Przy prostym stole nakrytym obrusem czarnoskóry ksiądz skrupulatnie obmywał kielich. Kilkanaście osób siedziało w milczeniu na prostych krzesłach ogrodowych. Niektórzy spoglądali na boki, gdzie na ścianach wisiało kilkanaście przeróżnych obrazów – od odpustowych po wysmakowane, od barokowych po nowoczesne. Jedne były wielkie, o rozmiarach wręcz ołtarzowych. Inne malutkie, w sam raz na biurko albo nocną szafkę przy łóżku. Oleje, tempery, fototapety. Razem tworzyły przedziwną mozaikę, która poza wspólną tematyką – dominowali święci o dobrotliwych oczach i sceny z Ewangelii – nie odznaczała się żadnym porządkiem. Przypominało to wszystko chaotyczne lapidarium.

– Kochani – słowa księdza zmąciły ciszę. Odsunął na bok kielich przykryty pateną i spojrzeniem ogarnął siedzących.  – Zanim udzielę wam błogosławieństwa, chciałbym powiedzieć kilka rzeczy. Przede wszystkim bardzo się cieszę, że będę waszym kapłanem. Pięćdziesiąt lat temu przyjeżdżaliście z Polski na misje do nas, do Tanzanii. Sam chodziłem do szkoły, którą założyło dwóch franciszkanów z Krakowa. Nie sądziłem, że nauka polskiego tak mi się przyda… No i teraz możemy się wam odwdzięczyć. Po drugie – jestem szczęśliwy, że na serio żyjecie Ewangelią. To w tych czasach rzadkie i trudne. Oczywiście na pewno nic nie zmieni się w zasadach, które ustaliła wasza wspólnota – tu ksiądz się zawahał, uśmiechnął i szybko poprawił: – To znaczy: nasza wspólnota.

Spojrzał na ekran niewielkiego tabletu z notatkami i wypuścił powietrze ze słyszalnym świstem, jakby za chwilę musiał spełnić niewdzięczny obowiązek: – Pieniędzmi ze sprzedaży dawnego kościoła parafialnego i plebanii zarządza komisja złożona z pięciu świeckich. Z tych środków finansujecie między innymi moją miesięczną pensję, która wynosi jedną średnią krajową. Do tego dochodzą czynsz i rachunki za kawalerkę, którą wynajęliście mi w sąsiednim bloku. Mieszkanie jest bardzo przytulne, serdeczne dzięki. Chcę też podziękować Zuzannie i Piotrowi, którzy oddali stojący obok ich domu obszerny garaż na kaplicę. Przed tygodniem biskup zgodził się, aby na stałe znajdował się tu Najświętszy Sakrament. No i mieliście niesamowity pomysł, żeby z opuszczonych kościołów w całym mieście zebrać obrazy – ksiądz wskazał ręką na rysujące się w ciemności ściany. –  Obrazy wystawiane na garażowych wyprzedażach albo niestety znalezione na śmietniku. Tu są na właściwym miejscu. 

UZASADNIENIE SCENARIUSZA

Obecnie w Polsce należy „mówić wręcz o zaburzeniu międzypokoleniowego przekazu wiary, który dotąd był jedną z charakterystycznych cech polskiej tożsamości” – tak we wstępie do Raportu pisze Marcin Przeciszewski, prezes KAI. To najważniejsze zdanie w obejmującym ponad 250 stron i dziesiątki wykresów opracowaniu. Może nie brzmi jak wystrzał z działa, ale w istocie chodzi o śmiertelnie niebezpieczny dla Kościoła trend, który to drastycznie zmienia reguły gry.

Przez stulecia wszystko było proste: przekaz wiary między pokoleniami dokonywał się w naszym kraju niemal automatycznie. Rodzice byli katolikami, więc Ty też byłeś katolikiem, zakładałeś katolicką rodzinę, Twoje dzieci były katolikami… Oczywiście zawsze zdarzały się odstępstwa: wychowani w katolickich rodzinach porzucali wiarę; inni nawracali się jako dorośli, chociaż wychowywali się w areligijnych domach. Biorąc jednak pod uwagę procesy tzw. długiego trwania, statystyki i procesy rozciągnięte na dekady i stulecia – były to wyjątki potwierdzające regułę.

Teraz to się zmienia. Kończy się automatyzm i rodzinne dziedziczenie wiary. W coraz większym stopniu chrześcijaństwo trzeba głosić i do chrześcijaństwa przekonywać. I to każdego z osobna. Czy nasz Kościół ma tego świadomość? Czy jest na to gotowy? Czy ma jakikolwiek plan uwzględniający zupełnie nową sytuację?

Od kilku już lat eksperci biją na alarm: statystyki dotyczące młodych są porażające. Ksiądz profesor Janusz Mariański cyklicznie analizował ich religijność od połowy lat 90. minionego wieku. Grupę badawczą stanowili maturzyści z Puław. W 1994 r. przynależność do Kościoła katolickiego deklarowało 83,9 proc. Piętnaście lat później – aż 90 proc. W 2016 r. było to wciąż imponujące 82,2 proc. Jak zauważał znakomity socjolog religii, katolickość młodzieży była wprawdzie często mglista i nieokreślona, ale na większą skalę nie istniała zjawisko, które można by określić jako religijną bezdomność. Nie istniało, ale już istnieje – bo w 2021 r. przynależność do Kościoła katolickiego deklarowało niewiele ponad 54 proc. maturzystów z Puław.

Jeżeli zagłębimy się w badania szczegółowe, które dotyczą akceptacji przez młodych moralnego nauczania Kościoła – wyją już wszystkie syreny alarmowe. Przykładowo: w 1994 r. jeszcze 14 proc. puławskich maturzystów uważało współżycie seksualne w okresie narzeczeństwa za niedozwolone. Dwa lata temu odsetek ten wynosił… 1,1 proc. Duszpasterze stoją przed nomen omen piekielną alternatywą. Albo dotychczas głoszoną naukę akcentującą przedmałżeńską czystość marginalizować, wyciszać, przemilczać czy rozwadniać – albo nie zmieniać ani o jotę i nie cofać się ani o krok, nawet jeżeli kosztem będzie masowy odpływ kolejnych pokoleń. Teoretycznie istnieje trzecia droga: znaleźć nowy sposób i język przekonywania do katolickiego nauczania o seksualności. Nie wydaje się jednak, żeby okazało się to cudownym panaceum. Przepaść między dominująca współcześnie obyczajowością i Kościołem wydaje się zbyt głęboka. Trafić można do przekonania nielicznych, myślenie mas (chyba) się nie zmieni. 

Ciekawym przypisem do powyższego przykładu jest egzystencjalne pytanie: co nadaje sens Twojemu życiu? Niemal 52 proc. młodych odpowiada, że miłość i wielkie uczucie. Zaledwie 1 proc. mniej stwierdza, że zdobycie ludzkiego zaufania i przyjaciół. Tylko te dwie odpowiedzi przekraczają symboliczną barierę połowy ankietowanych. Przypomina mi się, jak już niemal trzydzieści lat temu  temu moja licealna klasa spierała się z katechetą właśnie o czystość przedmałżeńską i koronny argument brzmiał: przecież ci ludzie się kochają i to jest najważniejsze! 

Dziś w podobnych kategoriach myśli już miażdżąca większość młodych Polaków. I co Kościół na to? Co z tym zamierza zrobić?

Młodzież jest oburzona skandalami pedofilskimi i upolitycznieniem Kościoła. Zniesmaczona hipokryzją – a jednocześnie złakniona autentycznego i porywającego przykładu. Nie zamierza chodzić do kościoła tylko dlatego, że tak wypada; tego wymaga tradycja; tak robili rodzice i dziadkowie. W efekcie młodzi znikają z Kościołów. W świetle badań CBOS od 1996 do 2021 r. odsetek tych, którzy w ogóle nie uczestniczą w mszach, nabożeństwach i spotkaniach religijnych – wzrósł z 19 do 45 proc. W tym samym czasie udział praktykujących regularnie spadł z 55 do 19 proc. 

To masowe odwracanie się plecami do Kościoła skutkuje kaskadą następnych tąpnięć i kryzysów. Czarno na białym widać to w seminariach, gdzie w 2000 r. uczyło się 6789 kleryków. Rok temu było ich już tylko 1959. W Raporcie ksiądz doktor Piotr Kot i Łukasz Kasper z KAI obok przyczyn wynikających z kryzysu religijności wymieniają liczne czynniki ogólnospołeczne: „Równolegle narasta problem jakości relacji międzyludzkich. Pogłębia się uzależnienie od mediów społecznościowych. W ślad za dorosłymi młodzi ludzie powszechnie coraz bardziej zwracają się ku sobie samym. Wydłuża się czas dojrzewania emocjonalnego i społecznego. Młodzież przejawia nierzadko dużą kruchość psychiczną, słabą kondycję ludzką i intelektualną. Jest to diagnoza współgrająca z tym, co od lat widzą socjologowie”.

To ważne: w minionych ludzie Kościoła popełnili wiele błędów, o odrażających przestępstwach jak pedofilia nie wspominając. Ale zarazem Kościół zmaga się z wielkimi procesami społecznymi, które przerastają także rodziców i szkoły. Roszczeniowy indywidualizm czy zamknięcie się w wirtualnym świecie są tak samo potężnym wzywaniem dla biskupów, jak i demokratycznego państwa czy społeczeństwa obywatelskiego.

Jednak w części Raportu, która diagnozuje kryzys powołań – pominięto jednak jeden ważny faktor: zmianę społecznego klimatu i stosunku do Kościoła. To jest po prostu inna Polska. 

W sierpniu 2005 r. podczas Światowych Dni Młodzieży w Kolonii rozmawiałem z księdzem profesorem Lotharem Loosem, niemieckim socjologiem. Gdy w 1960 r. przyjmował święcenia, kapłaństwo uchodziło za jeden z wielu zwykłych życiowych wyborów: „Było czymś oczywistym i powszechnie uznawanym, że jeden wybierał fach strażaka, inny uczył w szkole, a trzeci szedł do seminarium. Dziś wybór kapłaństwa przyjmuje się ze zdziwieniem: jak można coś takiego w ogóle zrobić?” – wyjaśniał Loos. A teraz? Jeżeli nawet w głowie młodego Niemca pojawia się myśl, czy czasem nie zostać księdzem – pierwsza reakcja jego bliskich i przyjaciół to przerażanie: ale dlaczego? Co się stało? Masz jakiś problem? Czemu chcesz sobie zmarnować życie?

Kilkanaście lat temu słuchałem księdza Loosa jak człowieka opowiadającego o problemach odległego świata – mądre i ciekawe, ale nas to przecież nie dotyczy. Tyle że obecnie identyczny problem mamy w Polsce. Spada autorytet i zaufanie do Kościoła. W Raporcie ksiądz doktor Remigiusz Szauer podkreśla, że w badaniach CBOS w 1987 r. wysoki prestiż społeczny duchownego wskazywało 69 proc. ankietowanych. W 2019 r. było to już zaledwie 36 proc. Jakie wady dyskredytują księży? Badacz odpowiada: „Przede wszystkim: ewentualna skłonność do wykorzystywania seksualnego, materializm i traktowanie posługi duszpasterskiej jako pracy zarobkowej, następnie arogancja wobec ludzi, nadmierny formalizm, fundamentalizm w myśleniu i niezdolność do dialogu”. 

Nie trzeba być socjologiem, żeby intuicyjnie zgodzić sią z taką diagnozą. Widać jednak wyraźnie, że zatrzymanie odpływu młodzieży wymaga od Kościoła w Polsce nie tyle kolejnych listów, dokumentów i programów duszpasterskich, ile przede wszystkim głębokiej zmiany mentalności. Jak powiedzieliby wierzący: nawrócenia na Ewangelię.

Przy kreśleniu skrajnie pesymistycznego scenariusza skupiliśmy się na młodych. Bo – powtórzmy – w tym obszarze działa najpotężniejszy trend destrukcyjny dla przyszłości naszego Kościoła. Niepokojące spadki w deklaracjach wiary czy coniedzielnych praktyk dotyczą też jednak ogółu społeczeństwa, chociaż nie są aż tak drastyczne jak w przypadku młodzieży. Cieszyć się jednak nie ma czego. Laicyzują się już nawet najstarsi, fatalnie wygląda sytuacja w dużych miastach i wśród najlepiej wykształconych. 

Na to wszystko nakładają się niepokojące procesy demograficzne, które są bombą z opóźnionym zapłonem dla ogółu społeczeństwa. Cóż z tego, że mamy obecnie największą liczbę kapłanów w historii Polski od chrztu w 966 r. – niemal 35 tys. To efekt powojennych wyżów demograficznych i masowego napływu kandydatów do seminariów zainicjowanego wyborem kard. Karola Wojtyły na papieża. W obliczu mizerii bieżących statystyk seminaryjnych (mniejsze liczebnie pokolenia plus narastający dystans młodych do Kościoła) z roku na rok profil wiekowy naszego duchowieństwa będzie się pogarszać – a spadki zgodnie z prawami biologii i demografii będą się tylko pogłębiać.

Krótko i węzłowato: czy to znaczy, że Kościół w Polsce będzie się starzał i kurczył? 

Tak, ale…

Scenariusz drugi

Migotliwe płomyki czterech świec błyskały w pogrążonym w ciemności pomieszczeniu. Nad ołtarzem zwisała szarfę ze stylizowanym na gotyk napisem: „100 lat parafialnego kościoła św. Judy Tadeusza 1963-2063”. W prezbiterium różnokolorowymi światełkami migotały choinki wzbudzając zachwyt kilkorga dzieci, które po Komunii podeszły z rodzicami oglądać zabytkową szopkę.

– Kochani – ksiądz przerwał milczącą adorację. – Mam kilka ogłoszeń. Jak w każdą niedzielę proszę, żebyście po mszy przesłali mi komentarze do mojego kazania. Co wam się podobało, co nie podobało. Co was znudziło, co zaintrygowało. Jakie tematy powinienem poruszyć w najbliższych tygodniach? Można anonimowo. To dla mnie bardzo ważne. Po drugie: jak w każdy wtorek i czwartek od południa jestem dostępny tu, w zakrystii naszego kościoła. Z kolei online czekam każdego dnia wieczorem na parafialnym czacie. Jestem dla każdego, kto chce porozmawiać o Bogu, o życiu i wierze. O wszystkim, co dla was żadne. To nie jest spowiedź, ale gwarantuję wam pełną dyskrecję. Można też umawiać się indywidualnie na inne terminy. Ja jestem dla was.

– Online trwa też głosowanie, na co przeznaczymy pieniądze z wynajmu parafialnych nieruchomości – dodał ksiądz. – Nasz zespół Caritas zgłosił pomysł wsparcia dzieci z ubogich rodzin. Te, których rodziców nie stać było na program Genetycznego Rozwoju Umiejętności. To bolesny przykład nowego wykluczenia. Jako chrześcijanie nie możemy być na to obojętni. Przypominam, że opisy projektów już zgłoszonych przez męską wspólnotę Wojowników Jahwe, Cyfrowe Dzieła Misyjne, Odnowę w Duchu Świętym, Konfraternię św. Jana Pawła II i stowarzyszenie Sztuczna Inteligencja / Wiara Żywa przesłałem na chmurę kontaktową. Aha, na wszelki wypadek jeszcze jedno przypomnienie: od dwóch lat decyzją naszego biskupa parafia obejmuje nie tylko tych, którzy fizycznie mieszkają na jej terenie. Głosują też ci, którzy tworzą wspólnotę wirtualną, przyjeżdżają tu w miarę możliwości i otrzymali cyfrowe certyfikaty parafialne. A jeżeli chodzi o przygotowania  pierwszokomunijne, to ruszą w styczniu. Jak zwykle prowadzą rodziny Mazurków i Osińskich.

Ksiądz chwilę milczał, jakby zbierał myśli: – Mam też trochę inną prośbę. Wczoraj była Wigilia i wielu z was w najbliższych dniach odwiedzi bliskich i przyjaciół. Popularny jest wciąż zwyczaj dzielenia się opłatkiem. Proszę: nie zapominajcie o tym. Nawet jeżeli dla wielu z waszych bliskich i przyjaciół to już tylko tradycja bez żadnego religijnego znaczenia, nadal stanowi przecież znak obecności Boga w tym świecie. Dbajmy o to i przypominajmy w miarę możliwości, skąd się to wzięło.

– Na koniec roku mam dobrą wiadomość – uśmiechnął się ksiądz. – Nasza parafia urosła w ciągu tych minionych dwunastu miesięcy o czterdziestu nowych członków. Dziękuję, że jesteście z nami, że chcecie dzielić się wiarą w Jezusa. Żeby jednak serio z wami być, żeby mieć dla każdego czas – od stycznia będzie mnie wspierał nowy wikary, ksiądz John z Tanzanii. Powiem wam szczerze, że tyle razy czułem się fatalnie, bo brakowało mi dla was czasu. Miałem poczucie, że kiepski ze mnie ksiądz. Przepraszam, jeżeli kiedykolwiek czuliście się zlekceważeni. Na pewno tego nie chciałem. A teraz z księdzem Johnem na pewno zmieni się to na lepsze.

UZASADNIENIE SCENARIUSZA DRUGIEGO

 Spadkowe trendy ostatnich lat muszą niepokoić. Ale Kościół w Polsce wciąż dysponuje potężnym potencjałem, dzięki któremu zamiast popadać w marazm i kapitulować – trzeba zakasać rękawy i brać się do roboty.

Przede wszystkim: świątynie jeszcze nie świecą pustkami. Na tle innych krajów europejskich  regularny lub okazjonalny kontakt z Kościołem utrzymuje wciąż wiele Polek i Polaków. Jako głęboko wierzący i wierzący deklaruje się niemal 89 proc. naszych rodaków. I nawet jeżeli to bardzo ogóle deklaracje, których słabość często obnaża seria konkretnych i szczegółowych pytań – tragedii jeszcze nie ma. Tak samo jest z praktykami religijnymi. Według CBOS udział we mszy w każdą niedzielę deklaruje 37 proc. ankietowanych. Raz w miesiącu lub okazjonalnie – odpowiednio 18 i 13 proc.

To bardzo ważne, że Kościół wciąż ma do kogo mówić. Ksiądz doktor Szauer syntetycznie ocenia: „Pomimo mniejszego lub większego dystansu, czasem niechęci, a niekiedy wręcz awersji, Kościół stanowi ważny punkt odniesienia. Jeśli pojawia się jakaś potrzeba warunkowana religijnie lub kulturowo, jest ona realizowana w Kościele – są to obchody świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy, ale też chrzest, bierzmowanie, ślub i pogrzeb. Co ciekawe, często to te właśnie sytuacje są źródłem konfliktu z duchownymi”. 

To jest bolesny paradoks: okazjonalny kontakt z Kościołem – zapewne w dużym stopniu wynikający z dawnego sentymentu czy przywiązania do tradycji – zbyt często staje się zmarnowaną szansą na przyciągnięcie do wspólnoty wiary. Albo – co gorsza – kolejnym rozczarowaniem jeszcze mocniej odpychającym od Kościoła.

Jakiego księdza chcieliby spotkać Polacy – zarówno wierzący i praktykujący, jak już mocno zdystansowani, którzy organizują pogrzeb zmarłego ojca albo przychodzą z dzieckiem na pierwszokomunijne spotkanie, chociaż sami praktykują od czasu do czasu? Ksiądz doktor Szauer wymienia następujące cechy: „wykazywanie się powołaniem, szacunek do człowieka, wykazywanie się wiarą, empatia, a także umiejętność głoszenia kazań i kompetentnego kierownictwa duchowego w konfesjonale, dbałość o liturgię i wspólnotę parafialną oraz zdolność do dialogu. Nieznacznie wyższą notę otrzymują cechy związane z osobowością, a następne są przymioty dotyczące realizowanej posługi i duchowości. Można więc w uproszczeniu powiedzieć, że badani bardzo często chcą w duchownym zobaczyć w pierwszej kolejności człowieka, a następnie jego posługę”. 

Tylko tyle i aż tyle.

Do podobnych wniosków dojdziemy, gdy analizując religijność młodzieży – odłożymy na bok fatalnie wyglądające statystyki ilościowe i zagłębimy się w badania jakościowe. Na pytanie, czego przede wszystkim młodzi oczekują od Kościoła – na pierwszym miejscu jest… doświadczenie Boga (niemal jedna trzecia ankietowanych). Dla Kościoła poważnie traktującego Ewangelię nie istnieje lepsza odpowiedź. Co trzeci młody człowiek w Polsce chciałby, aby Kościół opowiedział mu o Bogu! Jeżeli roztrwonimy taki kapitał, niech Bóg ma nad nami miłosierdzie.

Kolejne pytanie: co Twoim zdaniem najbardziej przekonuje współcześnie młodych ludzi do rozwijania wiary i bycia w Kościele? Zobaczmy trzy najczęstsze odpowiedzi. Pierwsza: osobiste doświadczenie spotkania Boga / 35,8 proc – bingo! Druga: przykłady szczerej i konsekwentnej wiary / 33,7 proc. – brawo! Trzecia: autentyzm i zaangażowanie księży / 30,7 proc. Niby jasne, ale w czym konkretnie miałyby przejawiać się ich autentyzm i zaangażowanie? 

Trop podsuwają odpowiedzi na inne pytanie: Jaki rodzaj działań / oferty ze strony Kościoła byłby obecnie szczególnie potrzebny ludziom młodym takim jak Ty? Spójrzmy znowu na trzy najpopularniejsze odpowiedzi. 

Pierwsza: dostępność i otwartość księży na rozmowy o poszukiwaniach i problemach młodzieży / 35,6 proc. Druga: miejsca otwartych spotkań, dyskusji, wspólnego odpoczynku (sale, kluby przy parafiach) / 28,6 proc. Trzecia: „Pogotowia młodzieżowe” – miejsca, do których zawsze można przyjść w sytuacji kryzysu / 26,5 proc.

Klarowną receptę wskazują zatem sami zainteresowani. W raporcie ksiądz Tomasz Adamczyk konkluduje,  że: „młodzi ludzie oczekują od Kościoła tworzenia miejsc, w których możliwe jest doświadczenie rzeczywistości metafizycznej, gdzie można się spotkać nieformalnie z rówieśnikami, ale przy towarzyszącej obecności księdza, otwartego na aktualnie przeżywane problemy i dylematy młodzieży. Młodzi ludzie oczekują poważnego traktowania ich spraw, wysłuchania, poświęcenia im czasu. Podkreślają potrzebę dyskretnej, nienarzucającej się obecności duszpasterza oraz przestrzeni, w której będą czuli się bezpiecznie, zostaną zrozumiani w całej złożoności swojego funkcjonowania – a nie szybko ocenieni. Badania socjologiczne pokazują, że młodzież doskonale wie, czego potrzebuje i gdzie występuje deficyt duszpasterski”. 

Cóż jednak z tego, że wiadomo, co i jak robić, skoro – jak zaznacza ksiądz Adamczyk – oferta duszpasterska Kościoła dla młodych koncentruje się na głęboko wierzących, których jest… 3,9 proc. Jak ma się to do Ewangelicznego pouczenia, że nie zdrowi potrzebują lekarza?

Dlatego konieczne jest zdecydowane przestawienie zwrotnicy. Przejście od Kościoła autorytarnie nauczającego, nakazującego i zakazującego do Kościoła towarzyszącego, który potrafi słuchać. Od monologu do dialogu. Duchowni powinni zrozumieć, że do lamusa odeszła komfortowa sytuacja, gdy automatycznie, niejako mocą samego urzędu cieszyli się niemal niekwestionowanym autorytetem. Teraz szacunek i zaufanie muszą zdobywać każdego dnia – na ambonie, w konfesjonale, w kancelarii, na katechezie w szkole, podczas ślubów i pogrzebów, w mediach społecznościowych. Powtórzmy tu chodzi o kopernikański przewrót w mentalności, którego Kościół w Polsce dokona – albo przestraszy się, ograniczy do obrony status quo i przyspieszy własne obumieranie.

Gdy duchowni i świeccy staną się autentycznymi świadkami Jezusa i wyjdą zgodnie z wezwaniem papieża Franciszka na peryferia, wtedy w pełni ujawni się nadal imponujący potencjał rodzimego Kościoła. Przecież ponad 2,5 miliona Polek i Polaków działa w katolickich ruchach, bractwach i stowarzyszeniach. Przy kościołach funkcjonuje 65 tys. różnych organizacji, co statystycznie daje ponad sześć takich grup na parafię. Na dodatek połowa ma profil charytatywny. 90 proc. wolontariuszy w Polsce pomaga bliźnim w ramach struktur Kościoła. Zgromadzenia zakonne prowadzą około 8200 dzieł – od przedszkoli i szkół po ośrodki dla samotnych matek, bezdomnych, narkomanów czy chorych na AIDS.  Jeżeli chodzi o skalę pomocy dla potrzebujących w naszym kraju, Kościół jest drugim miejscu, zaraz za instytucjami państwowymi. 

Ale to wszystko pozostanie jedynie martwą statystyką i pustą strukturą, jeżeli Kościół w Polsce – od biskupów po świeckich – nie wróci do źródeł Ewangelii. To naprawdę jest wybór w kategoriach: być albo nie być.

logo-detail
Kliknij, aby skomentować

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Reklama

Copyright © 2023 Catolico & Stacja7.pl. Strona stworzona przez Stacja7.pl.